Archipelag wsi Warszawy
A gdzież twoje serce?
Kapela ze wsi Warszawa, Serce
Listopad. Zaduszki. Wszyscy myślą o zmarłych – ale o tych dawnych, pochowanych, przeszłych. Zapomnianych jak stołeczne wsie. Tymczasem według danych opublikowanych 6 listopada przez Główny Urząd Statystyczny Polskę zaludniają dziś duchy – przez najbliższe trzydzieści pięć lat populacja kraju spadnie z 37,7 do 28,4 miliona ludzi. A obszarami, które wyludnią się najszybciej, są polskie wsie. Jak wynika z raportu GUS Polska wieś w obiektywie statystycznym z maja 2025 roku:
[…] obszary wiejskie wciąż mierzą się z wieloma wyzwaniami, zwłaszcza o charakterze demograficznym. Do najważniejszych problemów należą: nasilona migracja młodych ludzi do miast oraz proces starzenia się ludności wiejskiej. Jednocześnie wiele obszarów wiejskich boryka się z ograniczoną dostępnością infrastruktury transportowej i komunikacyjnej, z niedostatecznym dostępem do usług edukacyjnych, medycznych i kulturalnych, a także z ograniczonymi możliwościami zatrudnienia poza rolnictwem. Wszystkie te czynniki mogą sprzyjać postępującej depopulacji terenów wiejskich.
Problem starzenia się, wyludniania i zanikania wsi dotyczy dziś – zdaniem prof. Moniki Stanny z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN – nawet ⅔ gmin wiejskich i miejsko-wiejskich. Szczególnie na wschodzie i w centrum kraju, gdzie ludzie coraz liczniej i chętniej przenoszą się na tereny zurbanizowane. Na przykład do Warszawy. A miasto musi jakoś tę nową falę mieszkanek i mieszkańców pomieścić. Ugościć. Zakwaterować. Często kosztem ziemi – nieużytków, pól, korytarzy powietrznych, resztek dawnych wsi. Przez to w takim mieście coraz trudniej się wszystkim oddycha. Coraz trudniej żyje. Mieszczuchy zaczynają uciekać na przedmieścia. Marzą o daczach. Wzdychają do wsi. Tylko nie tej prawdziwej – starej, suchej i pustej. A takiej wyobrażonej. Przyjemnej. Jak z Mikołaja Reja:
Nuż gdy przydzie ono gorące lato, azaż nie rozkosz, gdy ono wszystko, coś na wiosnę robił, kopał, nadobnieć doźrzeje a poroście, anoć niosą jabłuszka, gruszeczki, wisnecki, śliweczki z szystkieg szczepienia twego. Więc z ogródków ogóreczki, maluneczki, ogrodne ony inne rozkoszy. Ano młode masłka, syreczki nastaną, jajka świeże, ano kurki gmerzą, ano gąski szyst, ano jagniątka wrzeszczą, ano prosiątka biegają, ano rybki skaczą […]. Pojedziesz zasię sobie z krogulaskiem do żniwa, ano nadobnie żną, dzieweczki sobie śpiewają, drudzy pokrzykawają, snopki w kopy znowu układają, ano im i milej, i sporzej robić […].
Tylko że na prawdziwej polskiej wsi nie ma już komu robić. A wiosna – jak podkreślają autorki raportu Miasta dla Suwerenności Żywnościowej – zamiast zachwytów „coraz częściej przynosi niepokój – susze, gradobicia czy nagłe przymrozki”. Próżno szukać tam sielanki.
*
Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) do 2050 roku 68% światowej populacji zamieszka w miastach, co w połączeniu z postępującym wyludnieniem wsi stanowi nie lada wyzwanie. Już dziś 79% całej produkowanej żywności konsumuje się w miastach (choć żyje w nich obecnie „jedynie” 55% globalnej populacji). W latach 2001–2023, jak donosi FAO, „globalna powierzchnia użytków rolnych zmniejszyła się o 78 milionów hektarów” i dziś nawet 1,7 miliarda osób „żyje na obszarach, gdzie występują niedobory plonów, wynikające ze zniszczenia gleby”. A wywołane zmianami klimatu nieprzewidywalne susze, gradobicia, skoki temperatur i powodzie zapewne tylko pogłębią ten kryzys.
FAO stawia sprawę jasno: aby przetrwać, miasta będą musiały zacząć same produkować żywność. Szumieć kłosami. Obrastać futrem.
Co ze wsi powstało, w wieś znów się obróci.
(To nie andrzejkowa wróżba, tylko przepowiednia).
*
Zresztą czym właściwie wieś różni się od miasta, poza wielkością?
Dobre pytanie, bez dobrej odpowiedzi.
Większość definicji wsi oraz miast buduje się na zasadzie przeciwieństw. I tak w Słowniku języka polskiego PWN miasto to „duży, gęsto i planowo zabudowany teren”, a wieś to jego odwrotność: „tereny pozamiejskie, rolnicze, letniskowe” oraz „miejscowości zamieszkałe przez ludzi, którzy trudnią się pracą na roli”. Z kolei Ustawa z dnia 29 sierpnia 2003 roku o urzędowych nazwach miejscowości i obiektów fizjograficznych określa miasto jako „jednostkę osadniczą o przewadze zwartej zabudowy i funkcjach nierolniczych posiadającą prawa miejskie bądź status miasta nadany w trybie określonym odrębnymi przepisami”. Wieś zaś przeciwnie – jako „jednostkę osadniczą o zwartej lub rozproszonej zabudowie i istniejących funkcjach rolniczych lub związanych z nimi usługowych lub turystycznych nieposiadającą praw miejskich lub statusu miasta”.
Oczywiście w praktyce tych różnic jest znacznie więcej – w dostępie do usług publicznych, jakości życia, w doświadczaniu zmian klimatu, w poglądach. Niemniej na poziomie ustawowym wieś od miasta oddziela głównie akt prawny i akt uprawy. Historia i gospodarka.
Rolą wsi jest rola. A miasto od pola stroni.
To oczywiście w praktyce jest kompletną bzdurą. Szczególnie w krajach dotkniętych głodem czy wojną lub takich jak Polska, gdzie wciąż żyją ludzie, którzy niedoborów i przesiedleń doświadczyli na własnej skórze. I od zawsze żyli w poprzek granic miasta i wsi. Jak moi dziadkowie, którzy warzywa i owoce uprawiali z najbliższą rodziną na miejskiej, robotniczej działce, a po mięso, chleb i jaja jeździli do kuzynów na wsi lub dostawali je od sąsiadek z bloku w zamian za weki czy drobne przysługi. Jeśli czegoś zabrakło, szli na lokalny ryneczek lub do niedużych, dzielnicowych sklepów. Supermarkety odwiedzali od święta, jak kościoły – bardziej dla dreszczyku emocji niż z realnej potrzeby.
Dopiero później, gdy stracili siły w nogach, sąsiedzi poumierali, wnuki wyjechały, a drobne, lokalne sklepy splajtowały – wyparte przez wielkopolską sieciówkę z charakterystycznym płazem w logo, która słynie dziś w Warszawie z promowania alkoholizmu i łamania zakazu handlu w niedzielę – dziadkowie się poddali. Sprzedali działkę, wyrobili karty zniżkowe w niemieckich drogeriach i hiszpańskich dyskontach i zmarli, zanim ich wnuczce przyszło w ogóle do głowy, że kiedyś sama za ich trybem życia zatęskni. I zacznie do niego aspirować. Tak jak jej rodzice aspirowali do wielkomiejskiego, kosmopolitycznego, pozarolniczego świata.
*
Z archiwów oficjalnego portalu miasta wykopuję informację, że w 2019 roku w Warszawie działało około 30 ogrodów społecznościowych. Gdy pytam mojego męża, ile jest ich teraz – bo tak się składa, że dzielę gospodarstwo domowe z Krzysztofem Gubańskim, kierownikiem zespołu ds. analiz i pozyskiwania danych Urzędu Miasta st. Warszawy – Krzysiek twierdzi, że najlepiej byłoby je zliczyć na piechotę. Zresztą „ogrody społecznościowe” to dla statystyka bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Czy chodzi mi wyłącznie o duże, sprofesjonalizowane inicjatywy, prowadzone przez NGO i spółdzielnie, czy również o sąsiedzkie kwietniki i grządki, założone dzięki dotacjom z budżetu obywatelskiego? Nawet nasza własna spółdzielcza farma miejska MOST ze względu na swój rozmiar rodzi w Krzyśku wątpliwości definicyjne.
Ile więc jest obecnie w Warszawie miejskich ogrodów społecznościowych – nie wiem. Ale wiem, że w tegorocznym stołecznym konkursie „Warszawa w kwiatach” oprócz pięknie wypielęgnowanych balkonów i kolorowych działek nagrodzono także inicjatywy sąsiedzkie z Targówka, Ochoty, Wesołej i Śródmieścia oraz grządki warzywne przy przedszkolach, podstawówkach, muzeach i domach kultury.
*
Autorki raportu Miasta dla Suwerenności Żywnościowej, gdy piszą o przyszłości polskich miast, dostrzegają ją we współpracy całych miejsko-wiejskich regionów. Zdaniem Joanny Erbel, Anny Jakubowskiej i Alicji Wójcik współczesne polskie miasta powinny „planować rozwój wspólnie z gminami wiejskimi” i angażować środki we wsparcie okolicznych gospodarstw rolnych.
Skoro nasza wspólna suwerenność i bezpieczeństwo zależą bezpośrednio od naszego dostępu do żywności, zdaniem Erbel, Jakubowskiej i Wójcik, „pytania o przyszłość cywilizacji” powinny dotyczyć w pierwszej kolejności „tego, co mamy na talerzu”. I tego, jak nasze jedzenie produkujemy i dystrybuujemy oraz kogo na nie w rzeczywistości stać.
Dlatego autorki proponują, aby już dziś zatroszczyć się o rozwój „archipelagu” lokalnej „strefy żywicielskiej”, czyli „otaczających miasto obszarów rolniczych, które zaopatrują lokalny rynek w świeżą żywność: warzywa, owoce, nabiał, jaja, mięso, pieczywo, kwiaty i sadzonki”, a także pełnią „istotne funkcje ekosystemowe – takie jak retencja wody, oczyszczanie powietrza, zachowywanie bioróżnorodności oraz społeczne – jak tworzenie przestrzeni pracy, turystyki i odpoczynku”.
W tym modelu, także i samo miasto w ścisłym znaczeniu powinno być „jadalne” – przestrzeń wypełniona sadami, nieużytkami, działkami, ogródkami społecznościowymi, farmami miejskimi, pastwiskami czy dzielnicowymi ulami i pasiekami miałaby nie tylko zapewniać mieszkankom i mieszkańcom miast dostęp do świeżej żywności, ale i budować edukację ekologiczną i rolną oraz wspierać powstawanie sąsiedzkich, dzielnicowych oraz regionalnych wspólnot.
W kontekście tak rozumianej suwerenności żywnościowej pojęcie „wsi Warszawy” zamiast odsyłać do duchów przeszłości, ożywa i pnie się ku przyszłości, w której stolica nie będzie dłużej wstydzić się swoich wiejskich korzeni i zależności. Tylko o nie zadba. Doceni ich życiodajność. Da się im przetworzyć. Zaprawić – na chude lata i przyszłe, cięższe czasy.
Najwyższa pora wyciągnąć wnioski z faktu, że dziś aż 80% wszystkich sprzedawanych na Broniszach warzyw i owoców pochodzi – jak donoszą Erbel, Jakubowska i Wójcik – z archipelagu tutejszych wsi, a więc gospodarstw oddalonych od stolicy o mniej niż 100 kilometrów.
*
Prawda jest taka, że sama, w pojedynkę, nie umiałabym zapewne utrzymać ogrodu przy życiu. A już na pewno wyprodukować w nim wystarczająco jedzenia, żeby wykarmić naszą czteroosobową rodzinę. Rolnictwo miejskie, podobnie jak każde inne, to ciężka i czasochłonna praca, która wymaga znacznie większego zaangażowania niż to, na które sama potrafię się zdobyć. Ilekroć sadzę na naszej farmie pomidory albo wysiewam marchewki, albo podwiązuję z dziećmi strączki groszku cukrowego do zwisających nad nim gałęzi jabłoni, proszę najpierw starsze stażem koleżanki o dokładną instrukcję. A najlepiej w ogóle lekcję praktyczną.
Choć od dziada pradziada (dosłownie!) pochodzę z rodziny ogrodników i działkowiczów, uprawa żywności nie przychodzi mi wcale z łatwością. Po trzech latach na farmie nie mam żadnych złudzeń co do własnej samowystarczalności. Przeciwnie – od rolnictwa miejskiego uczę się głównie pokory. Szacunku dla plonów ziemi. Wdzięczności za cudzą robotę. Świadomości wzajemnej zależności z przyrodą i tego, jak zarówno ona, jak i my w niej jesteśmy podatni na zranienie.
To brzmi okropnie patetyczne. Jak jakaś modlitwa czy zaklęcie.
Ale może to po prostu takie wyznanie wiary w czasach, gdy świat umiera na niepojętą dla nas skalę. A my nie możemy go uratować ani nawet ochronić.
Ale możemy dbać o nasze wsie Warszawy.