„Miasto się kończy, łąki”
Bielino, Dawidy, Elsnerów, Fawory, Groszówka i Kąty, Salomea, Solipse, Szopy oraz Zbytki. Podskórne tkanki Warszawy. Narośle i zrosty. Widmowa anatomia miasta.
Próbując objąć ją rozumem, historyk Jerzy Szałygin odnotowuje i opisuje na potrzeby tego projektu „co najmniej 175 wsi, osad, osiedli i jurydyk […] oraz 72 folwarki”. 250 żywych ekstensji tego, co uznajemy za miasto.
Plan był taki, żeby następnie nanieść je wszystkie na mapę. Ale jak stworzyć płaską reprezentację czegoś, co istniało warstwowo, płynnie, często w poprzek? Jak łachy na Wiśle. Albo opowieści.
*
Z mapami to w ogóle nie jest prosta sprawa, bo jak podkreśla Igor Piotrowski w książce O mapach widywanych gdzie indziej, każda mapa to coś więcej niż tylko „przedmiot obrazujący daną przestrzeń”. To także narzędzie przebudowujące nasz sposób myślenia o wybranym miejscu i kształtujące naszą cielesną i emocjonalną relację z nim. Mając w ręku mapę miasta, nie czujemy się w nim same. A „poczucie osadzenia w przestrzeni i czasie jest podstawą bezpieczeństwa, warunkiem dobrostanu”, jak pisał w Kamionku nieodżałowany Marcin Wicha. Chodząc po mieście śladami jego planu – nieważne czy papierowego, czy elektronicznego – wydeptujemy z nim bliskość. Oswajamy przestrzeń.
Osadzamy się w lokalnym kontekście i systemie wartości. Bo mapa nie tylko na coś zwraca uwagę, ale i coś zasłania – odciąga nas od tego, co dana społeczność wyrzuca poza margines. „Nicość kartograficzna”, podkreśla Piotrowski, także zawsze coś znaczy. Nawet w tak „fragmentarycznym i w dużej mierze zniszczonym w stopniu uniemożliwiającym odczytanie” mieście jak historyczna Warszawa.
Dlatego, aby przywrócić dawne wsie Warszawy w zbiorowej wyobraźni – wyprowadzić je z czyśćca społecznej niepamięci – przydałoby się nanieść je na jakąś mapę. Tylko jak to zrobić w ramach przygodnego, półrocznego projektu, w toku którego ktoś dopiero listę tych miejsc spisuje?
*
Historyk Jerzy Szałygin, autor naszej listy dawnych wsi Warszawy, określa wyniki swojej kwerendy jako „zaczyn”, a nie wyczerpujące opracowanie tematu. Stąd i powstała mapa nie tyle odzwierciedla położenie dawnych, warszawskich wsi, ile raczej przypomina o ich istnieniu. Zwraca uwagę. Budzi ciekawość. Zamiast twardej i płaskiej reprezentacji – płodny ferment, z którego oparów prześwitują błotniste bielańskie pola, wilanowskie wierzby, mokotowskie krowy i konie. Nałożone na siatkę współczesnych dzielnic – stołeczną, stateczną i pozornie stałą – punkty dawnych wsi wzbudzają niepokój. Bo co to za centrum, które jeszcze do niedawna było właściwie polem? I co to za metropolia, która oprócz fabryk, pomników, torowisk i ulic, nadal nosi ślady „zabagnionych mórg”, „pokruszonego jęczmienia”, „majątków, jurydyk, cyrkułów” i „ukrytych strumieni”, jak te, o których w zeszłym roku pisał w Kamionku Wicha?
Jeśli mapa wsi Warszawy coś pokazuje, to właśnie fakt, że nasze miasto nieustannie się wokół nas stwarza. Recyklinguje resztki. Trawi nieużytki. Oddziela przyszłość od przeszłości. Pobudza tektonikę.
*
Spójrzmy na punkt 4. – Czerniaków. A właściwie na jego fragment: na dawną wieś Siekierki (jak notuje Szałygin: 162 morgi gruntu w 1880 roku). Dziś na tym terenie mieści się nasza spółdzielcza farma miejska MOST. Jadąc tam rowerem, mijam nie tylko równiutkie, nowoczesne bloki, ale i wspomnienia słów Mirona Białoszewskiego, który jeszcze w 1976 roku pisał o tych terenach w Chamowie tak:
Tam w nocy jest całkiem bujnie, psio i wsiosko. […] Wyobraziłem sobie, że na Siekierkach mogła się jakimś dzieciom ukazać Matka Boska w krzakach. Potem, że tam przybywa tłum w czasie deszczu, krzaki szumią, łąka pełna, Wisła wzbiera, wszyscy czekają na cud. […] Pojechałem przed szóstą rano autobusem. Na Siekierki. Wysiadłem na kocich łbach pod topolami. One tu idą rzędem. Skręciłem do wału wiślanego. […] Ścieżką koło koniczyn. Rosną tu różne zielska, kwiaty. Im bliżej wału, tym gęściej. […] Okazało się, że za wałem znów jest łąka z dzikimi ziołami i dopiero Wisła. Bliżej Warszawy ta łąka zmieniła się w lasek.
Do dziś naszą farmę otaczają głównie nawłocie, rumianki, mniszki i pokrzywy. Dzielimy przestrzeń z dzikami i sarnami. Pompujemy wodę z gruntu (do niedawna ręcznie). I choć wszyscy lubią opowiadać o MOŚCIE jako o nowatorskim przedsięwzięciu, inspirowanym najnowszymi wytycznymi Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa na temat miejskiego rolnictwa i suwerenności żywnościowej, wysiewamy na farmie przyszłość za pomocą narzędzi i nasion dawnych wsi Warszawy. Dawnych wsi Siekierek.
Jak w Tętnie pod tynkiem pisała Agnieszka Karpowicz, podążając za Białoszewskim w „zielska” nadwiślańskich terenów, na Siekierkach się pasło, orało, łowiło i piekło przynajmniej od średniowiecza, a w XIX wieku istniało tu ponad czterdzieści gospodarstw. Aż do umocnienia wałów wiślanych w 1926 roku „rytm życia był tu organizowany bardziej przez rytm przyrody, a zwłaszcza wylewającej regularnie Wisły […], niż przez miejskie władze i wielkomiejski sposób życia”. To właśnie z Siekierek pochodziła też, jak pisze Karpowicz, większość stołecznej wikliny. Nawet w 2013 roku, gdy autorka jedzie na Siekierki, by połazić po nich śladami Białoszewskiego, słoma dzielnicy z butów wychodzi:
Dziś siekierkowskie ogródki działkowe budzą jeszcze większy dysonans poznawczy: uprawiane z rzadka, bezładnie zarastające zielskami i dziczejącymi drzewami, sprawiają wrażenie czegoś, co na powrót pochłania dzika natura, sprawująca wciąż swoje rządy gdzieś w głębi i na przekór coraz bardziej stechnicyzowanej cywilizacji.
To właśnie na tych zapuszczonych, podziałkowych nieużytkach powstanie dziewięć lat później nasza miejska farma. I to te dziczejące drzewa i ekspansywne zielska będziemy potem uprawiać w imię wspólnej, lepszej przyszłości.
A to tylko jeden punkt z 24 zaznaczonych na mapie i 250 wypisanych na stronie projektu. (Opis punktu 6, Kamionka, zajął Wisze całą książkę – 185 stron).
Równie dużo dałoby się powiedzieć o Wawrze czy Grochowie, albo o Linii Otwockiej, gdzie zresztą także szwendał się Białoszewski, będący – zdaniem Piotrowskiego – „najczulszym (w znaczeniu fizycznym) kronikarzem przyspieszenia, rozejścia się czasoprzestrzeni, dylatacji” – wiejskich i wojennych szwów w miejskiej tkance Warszawy. Wciąż bardzo widocznych, gdy w latach 70. Białoszewski pakował się w gocławskie krzaki i narzekał, że tam „wsiowato” i że „miasto się kończy, łąki”.
*
A Wy, kiedy ostatnio odwiedziłyście obrzeża Warszawy, tam, gdzie – jak pisał Wicha – „gorzej słychać”, bo „[…] odległe ulice tylko się niecierpliwią. Rozłażą na strony.”
Kiedy wlazłyście w miejskie zielska, łąki i krzaki i zachwycałyście się, jak Białoszewski, bylicą i piołunem?
Kiedy, patrząc na mapę Warszawy, pomyślałyście, że jej kształt to przygodny kaprys? Przypadkowy owoc historii. Nie fakt, a żywa fermentacja. Odbicie ludzkich baśni – ludzkiej potrzeby sensu i kontroli.
*
A przecież wystarczyłoby trochę zmienić perspektywę. Odsunąć się w czasie. Spojrzeć na miasto szerzej – jako na formę ekosystemu, zależną nie tylko od ludzkiej historii, ale i od dłuższych, głębszych przesunięć tektonicznego, przyrodniczego czasu. Taką historię dawnych wsi Warszawy należałoby zacząć od zlodowacenia i uformowania skarpy, bez której żadne ludzkie siedlisko nigdy by tu nie powstało, bo żeby żyć, człowiek musi czuć grunt pod nogami. Lądolód i woda muszą nanieść w jakieś miejsce minerały, ciała, resztki i składniki odżywcze, w którym następnie zadomowią się owady, rośliny, grzyby i zwierzęta. I dopiero, gdy one zawiążą swe podziemne miasta, może się tam pojawić człowiek, aby rozorać wielopokoleniowe tunele dżdżownic rosówek, posiać i ściąć łany jęczmienia, wyłowić z rzeki ryby, zbudować bobrowy szałas, a potem postawić domy, fabryki i dworce kolejowe na dachach domów kretów, susłów i lisów – najdawniejszych wsi Warszawy.
„Czy można patrzeć na miasto jak na ciało natury? Obszar mieszających się sił i oddziaływań, gdzie bez ustanku kończyć i stwarzać się będą nowe luki i nisze do swobodnego życia?” – pyta w Patykach i Badylach botaniczka i poetka Urszula Zajączkowska i zaraz sama odpowiada: „Tak, tak też można patrzeć na miasto”.
Szczególnie, gdy przyznamy – mimo wszystkich map, strategii i planów zagospodarowania – że to miasto wcale wyłącznie do nas, do ludzi, nie należy.
I z czasem zapewne wyrwie się spod naszych łap. I zacznie rozrastać po swojemu: tempem brzóz, topól, lip, grzywaczy, modraszek, trzmieli, dżdżownic i szpaków.
*
Jak rozrysować mapy takiej przyszłej Warszawy?
Można by, jak chciałby architekt Mikołaj Gomółka, przerysować ją ponownie na wieś: przepisać skwery na farmy miejskie, trawniki na łąki, siłownie na obory – przestrzenie użytkowe i społeczne naraz. Mapa takiej Warszawy dzieliłaby się na wyspy aktywności, wyłaniające się z mórz nieużytków. Wyobrażam je sobie jako Centra Żywotności Lokalnej, usytuowane głównie na obrzeżach – tam, gdzie jeszcze nie wylała Wisła. Z daleka od przesuszonych centralnych wysp ciepła i podmokłego, zniszczonego Powiśla.
Inaczej o wsi w mieście fantazjują architekt Jan Szeliga i socjolog Krzysztof Janas, którzy w swoim Wieślandzie projektują dla stolicy zielony, letniskowy park rozrywki, ciągnący się wzdłuż Szosy Głównej i „stojących przy niej drewnianych chat, z lekka nadgryzionych zębem czasu przystanków i ławeczek, warsztatów i kapliczek oraz odchodzących od niej co kilka kroków wydeptanych ścieżek”, prowadzących do „Oazy Spokoju, Zagrody Zwierząt, Krajobrazu Natury, Krainy Eksportu i Biesiadnej Gościny”. Ot, taki „wiejski escape room” – symptom świata, w którym – jak podkreślają autorzy koncepcji – miejskość w całości pożarła kultura konsumpcyjna, a „to, co nieautentyczne, ale przyjemne, zaczyna nam wystarczać”, bo nie wymaga pracy, zaangażowania ani odpowiedzialności. Mapa Wieślandu zmieściłaby się na kolorowej, estetycznej ulotce z wyraźnie oznaczonymi toaletami.
Mnie jednak najbardziej pociąga wizja przyszłości Warszawy, która wypełza z Atlasu dziur i szczelin Michała Książka i rozsiewa się po każdym miejskim dołku, nieużytku, dziupli i kałuży. To miasto nie tyle wiejskie, ile niemiejskie w ogóle: nieodchwaszczane, płożące się, dzikie. W tym mieście:
Pałac zamieniłby się w wielką skałę pokrytą lasem topól, wierzb, brzóz. W podszycie dominowałby bez czarny. Wśród ptaków, podejrzewam, kosy, modraszki, wróble i mazurki. Na szczycie, jak na górze piramidy pokarmowej, siedziałaby para sokołów wędrownych, którą przy odrobinie uwagi można zobaczyć tam na co dzień. A w środku? W środku żyłyby nietoperze, lisy, kuny. I liczna rodzina puszczyków.
I dalej też łąki, samosiejki i bagna, łachy i lasy, w większości nieludzki świat. Mapy takiej Warszawy nie trzeba by rysować, bo potrafiłybyśmy wyczytywać ją z omszałych murów, odgłosów zwierząt, koloru słonecznego światła. I nikogo by już nie obchodziło, czy Warszawa to jednak stolica czy może raczej przerosła, przebrana wieś.