Międzymiasta
Im bardziej wzniośle piszę o wsiach Warszawy, tym bardziej rzeczywistość nie przystaje do kreślonego przeze mnie obrazu. W praktyce bowiem okoliczne wsie służą dziś Warszawie – no właśnie, służą! – jako sypialnie, ekstensje. Tańszy, bo rzekomo odległy grunt. Zamiast organizować wokół siebie obwarzanek troski i wysiewać razem z innymi lepszą, jadalną przyszłość dla wszystkich, miasto wciąż wchłania głównie okoliczne wsie. Przetwarza na własne podobieństwo.
Po polach wokół Warszawy rozlewa się więc bezładna „zabudowa łanowa” – domki i osiedla na ledwo odrolnionym gruncie, pozbawione infrastruktury i relacji z okolicą. Ludzie sprzedają ziemię, bo nie mają siły lub zasobów, żeby ją dalej uprawiać. A ceny w centrum Warszawy nadal tylko rosną – kto by nie wolał kupić domu z ogrodem za równowartość śródmiejskiej kawalerki? I tak wokół Warszawy, jak wszędzie w Polsce, suburbanizacja szaleje.
Weźmy taki Wieliszew – majątek założony przed 1254 rokiem, a obecnie wieś znajdująca się 30 kilometrów od centrum stolicy, z którą łączy ją bezpośrednio linia Szybkiej Kolei Miejskiej. Jak pisał w stołecznej „Wyborczej” Wojciech Karpieszuk w kwietniu 2025 roku, Wieliszew „wygląda jak idealne miejsce do życia pod Warszawą”, przez co dziś na terenie dawnego PGR-u i szklarni powstają „jak grzyby pod deszczu” osiedla i bloki – w ostatnich dziesięciu latach liczba mieszkańców gminy niemal się podwoiła.
W innym tekście z 24 listopada 2025 roku Karpieszuk sprawdza ceny:
Prawie 200-metrowy dom przy Podgórnej w Wieliszewie kosztuje 1,08 mln zł, czyli mniej więcej tyle, ile 55-metrowe mieszkanie w centralnych dzielnicach Warszawy. Podgórna to jednak obrzeża wsi: gdzieniegdzie zabudowa jednorodzinna, nieużytki rolne, chaszcze. Inny przykład: 140-metrowy dom w Olszewnicy Starej, kilka kilometrów za Wieliszewem, kosztuje 785 tys. zł. Na Mokotowie trudno będzie za to kupić choćby 40-metrowe mieszkanie.
A deweloperzy kuszą nie tylko przystępną ceną mieszkań, ale i dostępem do szkół, przedszkoli i placówek zdrowotnych. A z tymi, jak podkreśla Karpieszuk, bywa w Wieliszewie dziś kiepsko. Dlatego wójt Paweł Kownacki zachęca, żeby na duże, „odpowiedzialne społecznie” inwestycje się zgadzać, a jednocześnie wykupuje okoliczne łąki i lasy w poczet wspólnego mienia i blokuje zabudowę łanową, której Kownacki rzeczywiście, jak czytam na OKO.press w artykule Hanny Szukalskiej z 5 października 2020 roku, głośno się sprzeciwia. Bo paradoksalnie gęsta zabudowa – szczególnie przy linii kolejowej – miewa często niższy ślad węglowy niż pojedyncze domki jednorodzinne z samodzielnymi piecami. A ci wszyscy ludzie, którzy coraz chętniej wyprowadzają się z Warszawy na jej obrzeża, muszą się gdzieś podziać. Z perspektywy wójta lepiej zabudować wieś gęstą miejską zabudową, przetkaną łąkami, polami i rezerwatami, niż niszczyć ziemię kosztami indywidualnej, ułańskiej wyobraźni.
Ale wiele mieszkanek Wieliszewa takim wielkim, warszawskim inwestycjom nie ufa, bo jak tłumaczy Karpieszukowi Małgorzata Jendryczka:
Już dziś są ogromne korki, kolejki w sklepach, niektóre szkoły pracują na zmianę. Wójt […] mówi o budowie przez dewelopera szkoły, przedszkola. Ale to nie oznacza, że inwestor przekaże je gminie. To nie jest „Święty Mikołaj”. Może się skończyć tak, że gmina będzie je wynajmować albo płacić subwencję niepublicznym placówkom. Nasze największe obawy dotyczą tego, że ta inwestycja ma powstać przy rezerwacie, w otulinie lasu. Tymczasem inwestor został zwolniony z raportu oddziaływania na środowisko.
I trudno się takim głosom dziwić, bo nie po to się człowiek na wieś (jak rozmówczyni Karpieszuka) przeprowadza (lub nie po to na wsi uparcie zostaje), żeby nagle budzić się na gigantycznym placu budowy, a z czasem – po prostu w wielkim mieście. Co, jak pokazuje przykład podwarszawskiego Józefosławia – obecnie największej wsi w Polsce – nie jest wcale odległym scenariuszem. Ludzi przybywa, a przestrzeni, środków i zasobów nie, więc – jak pisze Karpieszuk w poświęconym Józefosławowi tekście z 14 lipca 2025 roku – mieszkanki narzekają i na korki, i na kolejki do lekarzy, i na brak miejsca w szkole, gdzie już i tak kiszą się dwa tysiące uczniów. Opowieści Karpieszuka mrożą krew w żyłach:
Żeby wszystkich pomieścić, na sale do zajęć zaadaptowano m.in. trzy pokoje nauczycielskie (a pokój nauczycielski wydzielony został z korytarza), gabinet psychologa, a nawet pomieszczenia magazynowe, które nie mają okien.
Dlaczego tak to wygląda? Bo Józefosław to przecież wciąż tylko wieś. Samodzielna, sielska i niewielka. A miasto Warszawa – które ją wykorzystuje, drenuje i zalewa – ma inne, własne zmartwienia. Przez to wszystko ciężar troski o wspólną przestrzeń – o wspólne środowisko – jak zwykle spada na mieszkanki i lokalne organizacje pozarządowe.
Tak stało się chociażby w 2023 roku w Wieliszewie, gdy do tamtejszego rezerwatu wjechały koparki Zarządu Zlewni Dębe (oddziału Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Warszawie) i pod pretekstem „prac utrzymaniowych”, rozorały łęgi i zaczęły niszczyć żeremia i bobrowe tamy. Na prace, jak podkreśla Daniel Petrykiewicz w poświęconym tej sytuacji tekście w „Krytyce Politycznej”, nie wydano oczywiście żadnych stosownych pozwoleń. Wieliszewskie Łęgi udało się uratować głównie dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności i kilkudziesięcioosobowego Stowarzyszenia Nasz Bóbr.
Wraz z rozwojem suburbanizacji takich scen będzie tylko więcej i więcej. A mimo tego miasto wciąż wygodnie odgradza się od okolicznych wsi. Państwowe urzędy natomiast uparcie dzielą przestrzeń zamieszkałą przez osoby pracujące w Warszawie na gminy miejskie i wiejskie. Na Warszawę i jej wsie. Choć nawet historycznie, jak pokazała kwerenda Jerzego Szałygina w toku naszego projektu, podział ten był co najmniej wątpliwy.
Może więc zamiast pisać wciąż o wsiach wokół Warszawy, warto byłoby dziś zacząć opowiadać o jej międzymiastach?