Rzut beretem
Motto: Miasto to rysunek, który trzeba odnawiać jak wzory na chłopskich chatach. Cierpliwie malować linie, prowadząc pędzel po zeszłorocznych śladach.
Marcin Wicha
I
Służew. Blokowisko. Pierwsze lata XXI wieku. Smródka – wąski śmierdzący kanał, wypełniony oleistą, zielonkawą cieczą. Wokół pokrzywy, kaczki, wydeptane ścieżki. Królestwo dzieci, seniorek i psów. Uciekamy tu po lekcjach, żeby odpocząć od kłótni rodziców i gimnazjalnych dramatów. Zajęte plotkami i wizjami świetlanej przyszłości w upragnionych śródmiejskich liceach, nie zwracamy uwagi ani na zawiesisty potok, ani na resztki cegieł wystające gdzieniegdzie z trawy.
Dopiero dwadzieścia lat później, podczas zwiedzania wystawy Niech płyną! Inne rzeki Warszawy w Muzeum Woli, dowiem się, że włóczyłyśmy się wówczas po terenach całkiem niedawnej wsi, jednej z najstarszych na terenie dzisiejszej Warszawy. A ta niepozorna i nieco obrzydliwa Smródka? To rzeka Sadurka – matka tutejszego osadnictwa, które sięga średniowiecza.
W swym mokotowskim spacerowniku Michał Szymański pisze, że Służew „istniał już w XI wieku jako ośrodek misyjny benedyktynów, wokół którego rozciągały się pola uprawne”, co czyni z niego „jedną z najstarszych miejscowości na terenie dzisiejszej stolicy”. W czasie potopu stacjonowali w nim Szwedzi, później wykupywali go od siebie nawzajem Lubomirscy, Sobiescy i Potoccy, a po uwłaszczeniu chłopów ziemie przeszły w ręce zamożnych rolników. Słynny varsavianista Jerzy Kasprzycki opowiadał o nich tak:
Już „na swoim” potomkowie Kacperskiego rozwinęli wzorową gospodarkę rolniczą. Zasadniczy postęp jakościowy zapoczątkowała żona Szczepana, Anna z Milewskich, która wprowadziła warzywnictwo i dała przykład całej wsi. Rolnicy ze Służewa byli zamożni i światli […]. Księgi parafialne wychwytywały z życia codziennego Służewa najważniejsze wydarzenia, jak i najdrobniejsze szczegóły. […] Oto włościanin Piotr Łagowski w 1884 roku, obdarowując [!] dwóch synów ziemią na obszarze 25 morgów, zażądał w zamian dla siebie następujących dożywotnich świadczeń: od każdego co roku 30 korcy kartofli dużych; po 10 korcy kartofli drobnych; po trzy korce żyta; pół korca pszenicy; 1 mórg ziemi na ogród, co roku uprawionej i umierzwionej; po 150 rubli gotowizną; utrzymanie po 1 krowie zimą i latem[…].
Sprawdzam w Internecie – jedna morga to w tamtym okresie około pół hektara ziemi. Jeden korzec? 128 litrów. Przeliczam te miary i robię coraz większe oczy. Bo sama od trzech lat pomagam uprawiać ziemię na prawie czterech hektarach naszej spółdzielczej miejskiej farmy MOST na warszawskich Siekierkach i dotąd wydawało mi się, że to strasznie duży obszar, przy którym jest masa roboty.
A potem znajduję u Szymańskiego wzmiankę o „ukrytym w zaroślach”, opuszczonym gospodarstwie państwa Bukowskich przy Tarniny 7. Ostatnim z dawnej wsi:
Tu czas się zatrzymał, do niedawna biegały po podwórzu kury, szczekał pies, a w obejściu wciąż stoi wóz konny. Zanim powstało tu osiedle, rodzina Bukowskich gospodarzyła na 15 hektarach, uprawiając zboże i warzywa oraz hodując koniec, świnie, krowy i drób.
Ile razy musiałam mijać to miejsce podczas moich nastoletnich wędrówek? Dlaczego nigdy nie zwróciłam na nie uwagi? I dlaczego, choć na co dzień czytam sporo o agriparkach, rolnictwie miejskim i ogrodnictwie społecznościowym, nie umiem sobie wyobrazić stolicy złożonej z piętnastohektarowych pól uprawnych, kwitnących między blokami?
II
Być może cały problem wynika z fałszywych wstępnych założeń. Bo nie pochodzę z Warszawy i nie zdążyłam poznać jej takiej, jaką pamiętają ją z dzieciństwa mieszkanki Targówka, Zawad czy Białołęki: dzikiej, zarośniętej, warzywnej, przaśnej.
Z perspektywy poznańskiego, robotniczego Dębca, gdzie się urodziłam, Warszawa jawiła się jako miasto aspiracji. Nowoczesna metropolia. Lśniący i ponętny miraż, w którego kątach miał się czaić mrok i zepsucie. Babcia często ostrzegała, żebym nigdy sama nie jeździła metrem. A już na pewno nie na Pragę. Bo tam gwałcą i porywają. Wiadomo.
Cóż z tego, że ojciec zarabiał krocie, a matka karmiła nas nabiałem z biocertyfikatami z modnego sklepu w Galerii Mokotów? Babcia i tak podczas każdych naszych odwiedzin w Poznaniu pakowała nam wór wałówki – w tym skrupulatnie zapakowane „prawdziwe wiejskie jajka” i „mleko od krowy”. Bo w Warszawie sama chemia i „ge-em-o”. Wiadomo.
Rodzice uspokajali, że nie bez przyczyny kupili dom nie w centrum (brudnym, niebezpiecznym i głośnym, wiadomo), ale pod Warszawą („wsi spokojna, wsi wesoła”). O tym, że po tym narzekali na stanie w wielogodzinnych korkach i wiecznie ubłocone buty oraz felgi, już jakoś babci nie wspominali.
Podejrzliwość do Warszawy wypiłam więc z tym prawdziwym, wiejskim, poznańskim mlekiem od krowy. Dopiero z czasem – gdzieś pomiędzy spacerami nad zaduszoną ściekami Sadurką a pierwszym, nielegalnym piwem w chaszczach Pola Mokotowskiego – wydeptałam sobie własną Warszawę. I powoli, krok po kroku, zaczęłam uczyć się czytać z jej ciała opowieści o innych, cudzych Warszawach – o tym, co było, jest i będzie.
Mój ulubiony warszawski pisarz, czyli Marcin Wicha, ujął ten proces tak (zresztą w odzie do praskiego Kamionka, przed którym tak kiedyś przestrzegała mnie babcia):
Pamięć miasta jest kinetyczna. Dopóki po nim chodzimy, miasto pamięta. Kiedy się zatrzymujemy, zapomina, że istniało. […] Miasto składa się z granic. Jeśli wpatrzeć się uważnie, wyodrębnimy kształty majątków, jurydyk, cyrkułów, rewirów i komisariatów. Znajdziemy eskplanady, dawne place targowe i rynki, ślady wiosek pożartych przez urbanizację. Miasto jest jak stare wykroje krawieckie. Zielone, czerwone i czarne linie nachodzą na siebie. Konturów i figur jest tak dużo, że wypełniają powierzchnię. […] Granice niczego nie oddzielają. Są drogami w przyszłość i przeszłość.
Od asfaltu do bruku. Od błota po miedzę. Po własnych i cudzych śladach – bo „nasze stopy (łapy, opony)”, jak pisał Wicha, jednocześnie „zdzierają powierzchnię” miasta i „udrażniają, pobudzają i nie pozwalają zarosnąć” – cofam się z „mojego” Mokotowa do wsi Warszawy.
Nastawiam się na długą podróż, więc trochę mi głupio, gdy odkrywam, że w rzeczywistości to ledwie rzut beretem.
III
Śródmieście. Rok 2025. Biblioteka na Koszykowej. Jasna i czysta. Dawno po przebudowie. Kiedyś bywałam w niej po sąsiedzku, potem w Czytelni Sztuki kończyłam pisać książkę. Teraz, onieśmielona, wchodzę na palcach do Czytelni Varsavianów. Jako żona aktywisty i urzędnika, która ma na punkcie historii Warszawy fioła, choć żadne z nas z tego miasta nie pochodzi (i po latach spędzonych na zajęciach w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego), wiem, że z varsavianistami lepiej nie zadzierać. Niby chętnie cię oprowadzą po osiedlu za Żelazną Bramą i sypną z rękawa garścią soczystych, stołecznych anegdot nad piwem, ale przyznaj się do nieznajomości którejś z książek Białoszewskiego albo przypisz ulicę do nie tej dzielnicy, a rzucą się cię poprawiać z zaciekłością godną Złego (czyli powojennego, warszawskiego superbohatera z powieści Leopolda Tyrmanda – tak dla niewtajemniczonych). Do dziś boję się ich dużo bardziej niż tych wszystkich mitycznych opryszków z metra, przed którymi przed laty ostrzegała mnie babcia (zapewne zainspirowana lekturą Tyrmanda właśnie).
No, ale wiedza o wsiach Warszawy nie spłynie na mnie magicznie z nieba, a zamówiony tekst sam się nie napisze. Zapuszczam się więc ostrożnie w rzędy półek – równe i jasne jak zęby w paszczy lwa.
Po dwóch godzinach poszukiwań, oprócz cytatów z Szymańskiego i Kasprzyckiego, mam kąśliwy fragment z felietonów Olgierda Budrewicza, słynnego warszawskiego dziennikarza i gawędziarza, który w latach 50. pisał o Siekierkach, gdzie dziś znajduje się nasza permakulturowa farma miejska (solarpunkowa i zero waste’owa, wiadomo):
Siekierki składają się z kilku garści czerwonych domków, rozrzuconych po polach i łąkach, niekiedy powiązanych czymś w rodzaju drogi. Są one siołem w postaci chemicznie czystej, ich ludność zajmuje się na ogół uprawianiem gospodarstw małorolnych, hodowlą krów oraz podobnie pożyteczną robotą. […] kiedy elektrociepłownie w Augustówce skończą i może jeszcze most przez Wisłę przerzucą, to już w ogóle z Siekierek Warszawa pełną gębą się zrobi. Jeszcze żyją siekierkowscy rodacy, których pradziadkowie gonili razem na polach, jeszcze panowie Pisanie i Piasecki – lat osiemdziesiąt z okładem – pamiętają sarny pod wsią, jeszcze pan Grzelec może wspominać, jak to siedem dni i nocy wesele świętował – ale to już ostatnie akordy symfonii wsi stołecznej.
Z grubaśnych Dziejów Mokotowa wynotowuję za Marianem Markiem Drozdowskim, że jeszcze w latach 30. XX wieku na terenach dzisiejszego Mokotowa rejestrowano najwyższy odsetek osób zajmujących się rolnictwem („Miasto-Ogród Czerniaków […] – 21,8, Rakowiec – 12,8, Ksawerów – 13,4, ul. Sobieskiego – 6,2”), a i w latach 70. „południowe okręgi Warszawy stanowiły poważne zaplecze ogrodnicze stolicy”.
Ze sprawozdania Wojewódzkiego Urzędu Statystycznego m.st. Warszawy z 1993 roku dowiaduję się z kolei, że jeszcze trzy lata po moich narodzinach Mokotów był „stosunkowo rzadko zabudowany”, a „na tereny rolne, lasy i parki przypadało prawie 50% jej obszaru”.
Próbuję sobie wyobrazić taki Mokotów – otwarty, zielony i dziki, pełen nieużytków, pól i poletek, po których moje dzieci mogłyby biegać z równą radością jak po naszej farmie – kiedy nad moim stolikiem pojawia się elegancki bibliotekarz i z nienaganną dykcją pyta, czy nie potrzebuję aby pomocy w kwerendzie?
Moja grzeczna odmowa na nic się oczywiście nie zdaje i po chwili siedzę już nad wielgachnym, pożółkłym tomiszczem w bordowej, skórzanej oprawie, które okazuje się częścią Bibliografii Warszawy: kolosalnego zbioru adresów wszystkich artykułów prasowych poświęconych stolicy. I to posegregowanych tematycznie. Zaczynam rozumieć, skąd bierze się źródło samouwielbienia varsavianistów. Taka baza to czysty skarb.
Bibliotekarz, z dobrotliwym uśmiechem, wskazuje mi kolumny poświęcone rolnictwu, ogrodnictwu oraz hodowli, a potem tłumaczy, jak znaleźć interesujące mnie numery czasopism online, w wolnym dostępie. Klikam i klikam, i z każdym kolejnym skanem Warszawa, którą znam – wychodzona, ukochana, pozornie znana i bliska – traci swe ostre, metropolitalne kontury, wypełza spod siatki ulic, gnije i zarasta. Kilk, klik i wielkomiejski Mokotów roi się nagle od ryków, rogów i kopyt, a jesienną woń smogu zastępuje zapach błota, kału i futra.
Mieszkańcy Mokotowa […] uskarżają się na brak pastwisk dla koni. Zarząd gminy zwrócił się z podaniem do zarządu miasta o wydzierżawienie na pastwisko pola mokotowskiego […].
„Godzina Polski” 1916
Warszawa jest wielką oborą, co uniemożliwia pobyt w pewnych okolicach miasta i, w razie najmniejszych objawów epidemii, niebezpieczeństwo to może rozszerzyć się na całe miasto. Mniejsza o konie, jest to zło konieczne, które dopóty będzie istniało, dopóki ostatecznie i w całości Warszawa nie zmotoryzuje się pod względem ruchu kołowego. W każdym razie dla uzupełnienia całości dodajmy, że w Warszawie jest przeszło 9000 koni […]. Największą jednak odrazę budzą skądinąd sympatyczne, ale poza Warszawą, zwierzęta, jękiem są krowy. Jest ich w Warszawie przeszło 4000… Nie tylko na samych przedmieściach, ale i w sercu miasta, w najbardziej zaludnionych jego okolicach. […] Ale na krowach nie kończy się nasze utrapienie. Są jeszcze i świnie, kozy, owce. Świń będzie ze 4000, kóz z 600, a owiec conajmniej 100. Ale tym zwierzętom można wybaczyć. Błąkają się one przynajmniej na peryferiach miasta. Sądzimy, że czas byłoby już zająć się oborami, zatruwającemu powietrze Warszawy i to jak najprędzej. Tego wymagają i tak nadwątlone płuca mieszkańców stolicy.
„Rzeczpospolita” 1929
Nie licząc zasiewów magistrackich, Warszawa w r.b. ma obsadzone warzywami i obsiane zborzem liczne grunty prywatne. Na krańcach południowych ciągną się zagony, obsiane jęczmieniem i żytem. Na Pradze Starej i Nowej zorano i obsiano liczne place i podwórza fabryczne. Warzywami obsadzono trawniki i kwietniki w dzielnicy instytutu politechnicznego. W ogrodzie „Księżym” przy ul. Nowogródzkiej, zamiast traw i kwiatów, dojrzewa żyto. Obszary dawnego obozu pułku wołyńskiego zamienili mieszkańcy na ogrody warzywne. Nadto pod kierunkiem fachowców, kobiety i dziatwa, gdzie można, zbierają rośliny lecznicze, kwiat lipowy oraz na potrzeby kuchenne pokrzywy, lebiody i t.d. Przy ul. Barbary, zamiast kwiatów widać sałatę, pietruszkę, ogórki, ziemniaki i t.d.
Rozwojowi ogrodnictwa prywatnego stoją na przeszkodzie trudność dostania i ogromna drożyzna rozsad.„Ogrodnik” 1917
Dlaczego tak mało wiem o tej warzywno-kopytnej Warszawie? Ja, która uprawiam tu grządki, zbieram z dziećmi po parkach owoce i od trzech lat piszę o miejskich roślinach jadalnych, po ośmiu latach życia na Mokotowie – i to z mężem ciągającym mnie na różne varsavianistyczne spacery – do niedawna nie miałam pojęcia, że podczas powstania warszawskiego odbyły się tutaj żniwa?
IV
Wstyd się przyznać, ale o tych wojennych mokotowskich żniwach dowiedziałam się dopiero w tym roku. I to dzięki kolumbijskiej artystce, Milenie Bonilli, która poprosiła mnie o pomoc w kwerendzie na temat użycia jadalnych i leczniczych chwastów w trakcie powstania. Gdy przeglądałam kolejne tomy w poszukiwaniu wspomnień o krwawnikach, pokrzywach i lebiodzie, natrafiam w końcu na książkę Agnieszki Cubały (pochodzącej zresztą z Dolnego Śląska), w której autorka dzielnica po dzielnicy opisuje dietę walczących i ludności cywilnej podczas miesięcy powstania.
Na Mokotowie „liczne przydomowe ogródki i działki zapewniały, pomimo groźby stałego ostrzału, dostęp do podstawowych warzyw (kapusta, pomidory, marchew, fasola, ziemniaki) i owoców”. Co jeszcze bardziej uderzające, „prawie do połowy sierpnia dostępny był chleb” – właśnie dzięki tym oddolnym miejskim żniwom. Na Śródmieściu, gdzie z żywnością było krucho, zaczęto zaś wyjadać zapasy ze sklepu nasiennego przy Chmielnej. Jak wspomina jedna z powstanek: „na początku to się jadło groch i fasolkę, a potem to już wszystkie nasiona, jakie były”.
W Okupacji od kuchni Aleksandra Zaprutko-Janicka przytacza opowieści łączniczek, odpowiedzialnych za pozyskiwanie żywności z miejskich ogródków działkowych. Teodora Wanda Grabowska wspomina, jak chowała się przed ostrzałem za tyczkami fasoli i „zbierała co się dało”, a Teresa Sułowska-Bojarska żartuje, że musiała kolegów uczyć po nocach, jak używać motyki. Hanna Krama-Mintkiewicz, łączniczka i sanitariuszka z Mokotowa, wspomina, jak razem z koleżankami wybrały się na niedalekie pole pomidorów, żeby nazbierać warzyw dla głodnych i rannych.
Potem, gdy przeglądam w bibliotece skany „Nowego Kuriera Warszawskiego” z lipca 1944 roku, natrafiam na jeszcze inne opowieści o adaptacji miasta do sytuacji głodu:
Oglądając barwne kwietniki na skwerach miejskich i parkach Warszawy myśl niejednego z warszawianina biegnie do Zakładu Hodowli Roślin na Rakowcu, który to corocznie zaopatrywał Warszawę już nie w tysiące, ale w miliony wspaniałych różnokolorowych kwiatów. Mało kto wie, że te największe nie tylko w GG., ale i w Europie cieplarnie […] zamiast kwiatów hodują dzisiaj warzywa. W cieplarniach, gdzie jeszcze w ubiegłym roku przechowywano rośliny doniczkowe […] w br. od wczesnej wiosny królują pomidory, kapusta itd. Tam również, gdzie w zeszłym roku ciągnęły się pola bratków, złocistych chryzantem, goździków i wspaniałych róż – dziś rozsiadły się kartofle, kalafiory, ogórki, fasole czy grochy.
I dzień później:
Oddział Zielarski, wzorem lat ubiegłych, rozwija i obecnie szeroką działalność informacyjno-instruktorską. Wszyscy zainteresowani otrzymują osobiście lub korespondencyjnie dokładne i wyczerpujące wskazówki, dotyczące zarówno zbioru roślin leczniczych z dzikiego stanu, jako też zakładania i prowadzenia plantacyj. Opracowywane są stale uzupełniające instrukcje o zbiorze poszczególnych roślin. (…) W okresie kwitnienia cennych dla lecznictwa roślin, jak bez czarny i lipa, organizuje zbiór kwiatów w parkach i na plantacjach m. Warszawy.
Może nic dziwnego, że rok później, podczas wędrówki po zgliszczach powojennego miasta, fitosocjolog Roman Kobendza odnajdzie rosnące na gruzach żyto i pomidory?
V
Choć opowiadając o historii naszej wspólnej farmy, lubię za Joanną Erbel przytaczać anegdotę o objawieniu maryjnym na jednej z kwitnących tam wiosną 1943 roku wiśni, korzenie miejskiego rolnictwa sięgają w Warszawie jeszcze głębiej – na głodującą w dwudziestoleciu międzywojennym Pragę oraz do tamtejszego grochowskiego kibucu, czyli kolektywnego gospodarstwa rolnego i ośrodka żydowskiej kultury, gdzie późniejsi przywódcy powstania w warszawskim getcie sadzili kiedyś żyto, pomidory i ziemniaki.
W samym getcie także, gdy jeszcze się dało, uprawiano sałatę, fasolę, rzodkiewki, ogórki i zioła.
Na portalu Delet, prowadzonym przez Żydowski Instytut Historyczny, czytam także o czerniakowskim majątku, należącym do Wojciecha Zatwarnickiego, gdzie oprócz szkoleń dla studentów Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego zorganizowano także w 1940 roku kibuc, z którego wysyłano jedzenie do getta i organizowano komórki samoobrony. Według Icchaka Cukiermana, choć majątek miał oficjalnie status placówki pracy przymusowej, to „[…] atmosfera na farmie była przyjemna, daleka od atmosfery obozu pracy. […] Nocowałem tam kilka razy. Nie pamiętam już, czy były to lepianki czy baraki, ale było tam dużo łóżek i piętrowych prycz”.
W 1942 roku, podczas wielkiej akcji likwidacyjnej getta, farma Zatawrnickiego stała się według Deleta pierwszą bazą Żydowskiej Organizacji Bojowej i jeszcze przez kilka miesięcy udawało się tam chronić ponad stu pięćdziesięciu Żydów. Aż do grudnia, gdy wszystkich ostatecznie przesiedlono, choć i „po powstaniu w getcie ocaleni bojowcy uciekali właśnie na teren fermy i tam się ukrywali”.
Później, oczywiście, władze zadbały, aby wszelkie ślady po żydowskim samostanowieniu zniknęły – według Wirtualnego Sztetla po kibucu Grochów ostała się tylko jedna cegła. Także i czerniakowski kibuc upamiętniono w przestrzeni miasta dopiero w 2013 roku. Choć dworek Zatwarnickiego przetrwał wojnę i stoi przy placu Bernardyńskim do dziś, stosowną tablicą opatrzyła go dopiero izraelska Hanoar Haowed Wehalomed.
Na stronie „Ha-Arecu”, jednej z najważniejszych izraelskich gazet, napisano, że Hanoar Haowed Wehalomed to młodzieżowa organizacja syjonistyczna z długimi tradycjami, której członkowie pomagali ofiarom ataku z 7 października, a dziś nawołują do odmawiania poboru i zaprzestania wojny w Gazie. Bo i tam, teraz, ludzie giną pod obstrzałem tylko dlatego, że chcą zdobyć żywność dla rannych cywilów i głodujących dzieci.
VI
Modne dawniej hasło: „Warszawa w kwiatach” ogromnie straciło na popularności, modyfikując się na: „Warszawa w warzywach”. […] W każdym, kto dysponuje chociażby kawałkiem ziemi, budzi się nagle „ogrodnik” z powołania i potrzeby. Wertując stare kalendarze i poradniki ogrodnicze, według przepisów zabiera się do pracy. Idą w ruch łopaty, grabie, motyki, patyki, a głowy co najtęższe domorosłych ogrodników wysilają się na coraz to bardziej ekonomiczne pomysły. Zbudzono również z letargu nieużytki i różne kąciki między domami, przeznaczając niemal każdy centymetr na warzywa. Jeden z właścicieli posesji przy ul. Ząbkowskiej wykorzystał rowy przeciwlotnicze, służące ostatnio za śmietnik i założył hodowlę pieczarek. […] Nawet na skwerkach i trawnikach sadzi się warzywa. Hasło: „Piękne z pożytecznym” utrwala swoje znamię na każdym kroku.
– czytam w „Nowym Kurierze Warszawskim” z maja 1940 roku i zastanawiam się, skąd mamy pewność, że to tylko wspomnienie, a nie przepowiednia?
VII
Kiedy Bogna Świątkowska, założycielka Fundacji Bęc Zmiana i jedna z pomysłodawczyń tego projektu, pyta, czy nie napisałabym czegoś o wsiach Warszawy, zachodzę w głowę, co ja – Poznanianka i aspirująca rolniczka „miejska”, która na dodatek boi się varsavianistów – mam w ogóle w tym temacie do dodania.
A potem, tuż po śmierci Marcina Wichy, czytam jego manifest „grochologii i kamionkografii”, które choć „mają jakieś zastosowania praktyczne”, to nie za bardzo „potrafią je wskazać”:
Zapytane, odpowiedzą mgliście, że wszystko może się przydać, każda rzecz jest interesująca, a wszystkie są powiązane i tworzą wielką grzybnię. […] Po prostu lubią patrzeć na rzeczy, ślady, odciski. […] Kierują się przekonaniem, że wszędzie jest coś i zawsze jest kiedyś. Są więc formą rozdawnictwa zainteresowania. Sposobem na redystrybucję uwagi. […] Próbują się zaprzyjaźnić z okolicą. Polubić miejsca. Nawet jeśli ich sobie nie wybrały.
Oto z jakiej perspektywy mogę pisać o wsiach Warszawy.
VIII
„Ślady wiejskiej zabudowy, pracy i życia są wciąż obecne i przeplatają się z miejską infrastrukturą” – czytam na stronie naszego projektu i to przeplatanie miejskiego z wiejskim nie daje mi spokoju. Bo im więcej wiem o historii Warszawy, tym mniej wierzę, że była ona kiedykolwiek od tych swoich wsi oddzielna. Wyłącznie metropolitalna. Mieszczańska. Czysta gatunkowo. Im większa się stawała, tym więcej obejmowała pól. Co ją ktoś modernizował, elektryfikował i zabudowywał, to zaraz ktoś inny wypasał w niej krowy, brał udział w żniwach, sadził pomidory.
I nadal tak jest. Tylko że dziś – wobec widma zmian klimatu w drogim i ciasno zabudowanym mieście – dostęp do poletka ziemi uprawnej znów staje się przywilejem dla nielicznych. Dlatego założyliśmy wspólną, „spółdzielczą” farmę. Dlatego fundacja wspierająca kulturę współczesną interesuje się nagle wsiami. Bo warzywno-kopytna Warszawa nie jest wyłącznie pieśnią przeszłości. Tak jak szerokie, miejskie arterie nie są jedynym rodzimym gatunkiem w nieustannie ewoluującym ekosystemie stołecznej zabudowy. Wsie Warszawy tak naprawdę już dawno wrosły w tkankę miasta, bo jak pisał Wicha, wiele z tutejszych ulic „powstało z dawnych traktów i gościńców”:
Na planie widać, że wciąż zachowują wiejską swobodę. Nie przekonały się do szarych garniturów. Wciąż nie potrafią się spieszyć. Nawykłe do szerokich przestrzeni, miękkimi łukami omijają dawno nieistniejące przeszkody. Nadal pamiętają, gdzie były wąwozy, zagajniki, a gdzie mokradła lub strugi.
Ciekawe, czy ktoś kiedyś – z przyszłej, zielonej i wciąż tak niewyobrażalnej wsi Warszawy – zrobi podobny projekt o historii dawnego, obcego mu miasta. I napisze esej o pozostałościach zabetonowanych centrów, opuszczonych biurowcach i szkieletach blokowisk, przejętych przez rzeki, bobry i trzciny.
Anka Wandzel – eseistka, antropolożka, matka dwójki dzieci, członkini spółdzielczej farmy MOST. Autorka tekstów o splotach środowiska, kultury i pracy opiekuńczej w „Dwutygodniku”, „Miesięczniku Znak”, „Przekroju” i „Ładnym Bebe”. W 2024 roku otrzymała stypendium literackie m.st. Warszawy i uczestniczyła w rezydencji artystycznej „Wspólne pole” w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek U-jazdowski. Od 2023 roku prowadzi na „Oko.press” cykl opowieści Rośliny zza rogu o miejskich drzewach i chwastach. Wcześniej studiowała i wykładała w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego i była laureatką nagród Fundacji GESSEL dla Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki. Urodzona w 1990 roku w Poznaniu, od dwudziestu pięciu lat mieszka w Warszawie, gdzie czyta, gotuje i łazi z dziećmi po mieście, poszukując po krzakach nadziei w dobie zmian klimatu. Autorka książki Sztuka przetrwania (wyd. Karakter/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie), w której przedstawia kulisy projektów ekologicznych znanych polskich artystek (Joanny Rajkowskiej, Diany Lelonek, Karoliny Grzywnowicz, Cecylii Malik i innych).